Error. Page cannot be displayed. Please contact your service provider for more details. (2)

Wrzesień '39 oczami dziecka

Teresa Siedlar Kołyszko Wrzesień 1939 w Warszawie Miałam wtedy równe dziesięć lat. To pierwsze uderzenie wojny było dla mnie dziecka takim wstrząsem, że każdy dzień warszawskiego września 39 roku zapisał się w mojej pamięci na całe życie. Na prośbę moich synów i wnuków którym nieraz opowiadałam wojenne przeżycia, kilka lat temu  je spisałam,  może warto żeby przetrwały i przypominały, byśmy nie zapomnieli. Nie tylko moje dzieci i wnuki, ale następne pokolenia też. Wcześnie  rano pierwszego września, zbudziły mnie słowa ojca, który  zawołał: znowu ćwiczenia robią, a jego słowom wtórował warkot samolotów. Mimo wczesnej pory ojciec nie wrócił do łóżka, ale stał przy  oknie i patrzał na te ćwiczące samoloty, gdy nagle usłyszeliśmy huk, jeden drugi trzeci. Ojciec wpadł wtedy do pokoju w którym spałam i gdzie stało radio, włączył je  i wtedy usłyszałam, usłyszeliśmy wszyscy głos pana Prezydenta Mościckiego i jego słowa: W dniu dziszejszym nasz odwieczny wróg Niemcy napadł na Polskę..... Tak to się zaczęło. Pierwsze dni wojny nie przyniosły nic nowego poza krótkotrwałymi nalotami, które w najbliższej okolicy nie wyrządziły specjalnej szkody, a kiedy raz obserwowaliśmy walkę powietrzną naszych samolotów i niemieckich zauważyliśmy, że Niemcy chcieli przedewszystkim zniszczyć mosty przez Wisłę i w tamtej stronie widać je było na nieustająco błękitnym  wrześniowym   niebie.Pierwszy dzień jaki zapamiętałam szczególnie to był trzeci września, niedziela. Zaraz rano w radio ku ogromnej radości dorosłych, dowiedzieliśmy się , że Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom. Radość, a nawet entuzjazm był ogromny,wyczuwało się to na ślicznej jeszcze”przedwojennej” warszawskiej ulicy. Rano normalnie poszliśmy do kościoła św.Aleksandra, na Plac Trzech Krzyży, stamtąd razem z ciągle wzbierającym tłumem ruszyliśmy najpierw pod ambasadę francuską, potem angielską i inne, o których zaraz opowiem. Po drodze pamiętam mama kupiła na straganie  dużą torbę pomarańczy.Kiedy doszliśmy do Frascatii (tu była ambasada francuska) z budynku wyjezdżało auto. Siedział w nim  siwy generał w francuskim capi na głowie, młodzi ludzie, którzy w tym tłumie przeważali, wzięli na ramiona  auto z generałem i przenieśli pośród rozentuzmowanych Warszawiaków. Z Frascatii przeszliśmy pod ambasadę angielską na Aleje Ujazdowskie.Tłum był taki, że nie mieściliśmy się wszyscy w Alejach. Pamiętam że my, cała rodzina, staliśmy już w Piusa XI. Ktoś przemawiał, Warszawiacy wiwatowali, wreszcie ten wielotysięczny tłum uklęknął i z ręką podniesioną jak do przysięgi zaczął śpiewać “Nie rzucim ziemi skąd nasz ród” , kobiety płakały, mama oszalała z entuzjazmu i niesłychanie podniecona, krzyczała na mnie dlaczego nie wzniosłam ręki, a chwilę przedtem,  żeby mieć wolne swoje, do klaskania, dała mi do niesienia pomarańcze, których papierowa torba się rozlatywała. Pamiętam to, bo bardzo nie lubiłam od dziecka, żeby ktoś na mnie krzyczał. Dalej była ambasada czy przedstawicielstwo dopiero co zajętych Czech.O Czechach i ich tragedii wiedziałam sporo, bo choć jeszcze nie uczyłam się geografii Europy, przecież sprawa Czech ich zajęcie przez Niemców, a także zajęcie Zaolzia przez Polskę, te tematy były w domu stale obecne.Ojciec bowiem w każdej wolnej chwili czytał gazety, a także raz po raz natykałam się na jakieś książki te tematy poruszające.Stale też była  w naszym domu obecna świadomość Sowietów. Książek z sowietami w tytule wciąż u nas przybywało.(ojciec jako siedemnastoletni chłopiec –harcerz, uciekł z domu,by walczyć z bolszewikami, list napisany  przez niego wtedy do rodzicówjest dziś w naszej rodzinie przechowywany jak cenne relikwie.) Straszliwie nienawidził bolszewików może nawet  miał coś w rodzaju obsesji, zreszta jego świadomść, że wschodni sąsiad to czyste zło i tylko zło przynieść może, sprawdziło się już w niedługim czasie. Ale wróćmy pod przedstawicielstwo Czech w słoneczny wrześniowy dzień 1939 roku.Pan w oknie był bardzo wzruszony, chyba płakał, mówił coś że teraz połączyła nas walka z wspólnym wrogiem, z niemieckim najeźdźcą(wtedy nie mówiło się hitleryzm, nazim, mówiło się zwyczajnie Niemcy nasz odwieczny wróg). Życzył Polsce zwycięstwa, a zebrany tłum  życzył mu wyzwolenia Ojczyzny. I wreszcie widocznie odczuwając szczególną  braterską więź ze Słowianami, poszliśmy pod ambasadę Jugosłowiańską. Pan “Jugosłowianin” był bardzo przystojny wysoki, czarnowłosy i pięknie opalony(zapewne właśnie wrócił z nad Adriatyku.) Był pełen entuzjazmu mówił dużo o braterstwie Słowian, o tym że napewno zwyciężymy, że cała Jugosławia, wszystkie jej narody życzą nam zwycięstwa i pokoju.O Jugoslawii prawdę powiedziawszy, słyszałam jak dotąd tylko raz kiedy był zamach na króla Jugosławii i w gazetach pokazywano zdjęcia jego następcy, bardzo młodego według mnie ślicznego chłopca. Pamiętam że zachwycił mnie ten młody królewicz, ale w końcu szybko zapomniałam. Więc tato w drodze do domu opowiedział mi  trochę o Jugoslawii, dowiedziałam się,  że to kraj gdzieś na południu, że jest tam bardzo gorąco, że jest błękitne morze o pięknej nazwie Adriatyk, powiedział też że to bardzo dzielny naród. Zresztą teraz wiem że musiały go te Bałkany interesować i że wiedział o nich dosyć dużo, bo widziałam w jego bibliotece, do której nieustająco zaglądałam, książkę pt “Wojny Bałkańskie” I tak minął ten niezapomniany i jeszcze szczęśliwy bo pełen nadziei 3 września. Nasiliły się naloty. Coraz więcej bomb padało już nie na mosty, a na miasto.Ginęli mieszkańcy i żołnierze. Na naszej Górnośląskiej był szpital wojskowy. Kiedy front zbliżał się do Warszawy do szpitala przyjeżdżało coraz więcej  ciężarówek z rannymi żołnierzami. Nie wiem dlaczego, poszłam tam, kiedy właśnie wyładowywali tych ciężko rannych żołnierzy. Wtedy po raz pierwszy widziałam tyle krwi naraz. Ósmego września mama postanowiła pojechać na Pragę na tamtejszy dworzec kolejowy, ponieważ nasze nadane w Jordanowie 26 sierpnia walizy tam podobno  miały się znajdować.(W Jordanowie u dziadków spędzaliśmy wakacje) Wyruszyłyśmy wszystkie trzy to znaczy mama, ciocia Ziuta i ja. Kiedy tramwaj, chyba Mka był na moście Poniatowskiego zaczęło się bombardowanie, nie było dokąd uciekać, tramwaj był prawie pusty, ale na jednej z ławek siedział siwiutki niewielki staruszek (chyba, w każdym razie tak mówiła mama)w generalskim mundurze. Otóż kiedy bomby zaczęły wpadać w Wisłę wzbijając gigantyczne fontanny wody, staruszek usiłował wcisnać się pod ławkę, wołając do nas, kryć się pod ławkami, chować głowę, głowa najważniejsza,  Pamiętam że jakoś nie bardzo się bałam, natomiast ten generał pod ławką ogromnie mnie rozśmieszył, tak że z trudem wstrzymywałam śmiech, bo  jednak przecież  nie  bardzo wypadało śmiać się z generała. Teraz myślę, że to był śmiech nerwowy, z pogranicza strachu i rozpaczy w tej beznadziejnej sytucji w jakiej się znaleźliśmy. Co do bagaży to więcej już ich nie szukaliśmy.Przepadło wszystko.Całe ubranie Mamy, Leszka(mego młodszego braciszka) i moje, słowem już od  września byliśmy dosłownie bez niczego. Były tylko zimowe płaszcze, mój kożuszek, buty z łyżwami.Co do sukienek to od tego momentu i przez dłuższy czas jeszcze miałam tylko sukienkę w której jechałam z Jordanowa. Była to ładna wełniana sukieneczka w szkocką kratkę z białym kołnierzykiem bebi z piki. Pozostał trochę już mały strój krakowski, aksamitna niebieska sukienka do łyżew z różowym „walensienkowym” kołnierzykiem i biały mundurek wełniany od komunii świętej, który służył mi długo, bo spódniczkę nosiłam z różnymi bluzeczami. Pamętam że zaraz po oblężeniu Mama za Żelazną Bramą kupiła nam po swetrze, sobie naturalnie też. W dzisiejszym “Dzienniku Polskim”,wychodzącym w Krakowie, to znaczy z 16 września(2003)  przeczytałam że sześćdziesiąt cztery lata temu”W nocnej walce pod Jawowrowem odziały 11 Dywizji Piechoty z Armii “Małopolska”rozbiły pułk SS “Germania”.Oraz że niemieckie samoloty zrzuciły na Warszawę ulotki z wezwaniem do poddania. Nie pamiętam tych ulotek, może spadły w innej dzielnicy Warszawy, bo przecież dzieci jak to dzieci wszędobylskie napewno zwróciłyby uwagę na ten zrzut.W ciągu dnia często przebywaliśmy na naszym ślicznym ukwieconym podwórku. Róże były ciągle w pełnym rozkwicie. Może dlatego że nasz dozorca, u nas mówiło się portier, pan Fieduszkin, biały Rosjanin, pielęgnował je troskliwie i codziennie podlewał. Pewnego wolnego od nalotów przedpołudnia, kiedy  bawiliśmy sie na tym podwórku, (nie wszystkie dzieci zapamiętałam, ale wiem że były dzieci pułkownika Tomaszewskiego, była Zosia Horbatowska, wnuk naszego dozorcy i my z bratem.) przechodziła koło nas sąsiadka z czwartego chyba piętra pani Dłuska. Wszyscy wiedzieliśmy że była siostrą Marii Curie Skłodowskiej, słowem o Skłodowskiej też już wiedzieliśmy. Pani Dłuska nosiła się zawsze na czarno, była wysoka siwa i bardzo surowa. Baliśmy się jej okropnie Przechodząc koło nas popatrzyla zimno i nieprzyjaźnie na naszą grupkę i przez zaciśnięte zęby powiedziała do nas.”Tam żołnierze umierają od ran, a ci się bawią zamiast robić szarpie” Popatrzyliśmy na nią z lękiem zdumionymi oczami, bo bardzo nam było żal żołnierzy, ale my naprawdę nie wiedzieliśmy co to są szarpie i jak się je robi. Myślę że gdyby łagodnie z dobrotliwym uśmiechem podeszła do nas i zademonstrowała “produkcję” tych nieszczęsnych szarpi napewno wszycy jak jeden mąż, całymi dniami robilibyśmy  szarpie dla umierających z ran polskich żołnierzy. (potem dowiedziałam się, że  szarpie to targane z braku bandaży prześcieradła, czy inne płótna zwijane w rolki. Taka imitacja prawdziwych bandaży. Któregoś popołudnia, nie wiem dlaczego zostałam w mieszkaniu sama. Nagle w radio które wtedy stale było włączone usłyszałam zapowiedź alarmu, zaraz też dał się słyszeć złowrogi pomruk ciężkich bombowców. Wybiegłam z mieszkania, wskoczyłam do windy(mieszkaliśmy na trzecim piętrze) nacisnęłam w dół i…co się stało i dlaczego winda przez cały nalot jeździła tam i spowrotem!. Na schodach nie było nikogo, nikt więc nie zatrzymywał”oszalałej” windy, natomiast, straszne wybuchy bomb i wstrząsy, spowodowały, że zaczęły się sypać szkła i lustra, którymi wyłożona była winda. Byłam tak śmiertelnie przerażona, że kiedy już po nalocie, ktoś wreszcie zatrzymał windę i mnie oswobodził, długo nie byłam w stanie wypowiedzieć słowa. Od tego czasu przez kilkanaście  lat za żadne skarby nie wchodziłam do windy. Pamiętam, że kiedy wiele lat po wojnie, jeżdżąc na delegację do Warszawy, zatrzymywałam się w hotelu “Warszawa”, prosiłam zawsze o niższe piętra, żeby nie jeździć windą. Nie pamiętam dokładnie kiedy ten strach przełamałam, ale myślę że dopiero gdzieś w sześćdziesiątych latach. Naloty wzmagały się.W każdej chwili i nasza kamienica mogła być zbombardowana. W tej sytuacji, opuściliśmy nasze mieszkanie i zajęli część pokoju w niezamieszkałym dużym czteropokojowym mieszkaniu, na parterze. W każdym pokoju znalazło chwilowe schronienie, po dwie trzy rodziny z wyższych pięter. W dzień były naloty, a w nocy wzmagał się ostrzał artyleryjski. Cężkie działa niemieckie waliły od strony Siekierek, wprost w naszą kamienicę, chcąc zniszczyć polską artlerię stojącą  za naszym domem w ogrodzie sejmowym.Jednej nocy pamiętam ostrzał był tak silny, że trzęsło domem(bardzo masywnym) więc wszyscy z tych pokoi na parterze, położyliśmy się w długim przedpokoju prowadzącym przez środek całego mieszkania. Leżeliśmy na gołej podłodze, pamiętam że podłożyłam sobie pod głowę małą skórzaną śniadaniówkę. Razem z nami legli umęczeni żołnierze z tej polskiej artlerii. Zawsze gdy nie obsługiwali dział, odpoczywali miedzy nami. Mimo, że na podłodze usnęłam twardo dziecięcym snem, gdy nagle zbudził mnie błysk latarki i głos naszego administratora, zawsze bardzo eleganckiego  starszego pana, który robił wrażenie ziemianina, chodził w wysokich butach i bryczesach, mówił piękną kresową mową, był bardzo dobrze wychowany, zachowywał się nienagannie.Teraz domyślam się że pochodził zapewne z ziem, które odpadły traktatem ryskim i że pewnie tam zostawił duże majątki, tak bowiem wyglądał i tak się zachowywał. Żałuję, że nie zapamiętałam jego nazwiska, lub poprostu, że go nie dosłyszałam.Otóż pan administator wszedł i świecąc po nas latarką powiedział “Zbombardowali wille profesora “nn” (to było naprzeciw naszego domu), profesor i jego gospodyni przysypani, potrzebujemy męższczyzn do odkopywania.” Tych męższczyzn nie było wielu, większość przecież poszła na wojnę, ale mój ojciec, który nie był zmobilizowany bo miał krótki wzrok i w dwudziestym roku doznał lekkiego uszkodzenia słuchu,  był z nami, zerwał się i poszedł natychmiast. W miarę zwiększania ostrzału nauczyliśmy się rozpoznawać odgłosy artylerii, rozróżniać polską od niemieckiej. Pamiętam, kiedy był najpierw krótki silny huk, a potem jęk lecącego pocisku, to strzelała nad naszymi głowami nasza artyleria, ale kiedy był tylko świst pocisku to znaczyło że lada sekunda uderzy, może w nas? Kiedy rano po tej ciężkiej nocy na podłodze, poszliśmy do naszego kąta w pokoju od strony ogrodu sejmowego, na łóżku które tam ojciec postawił(jedno, tylko dla dzieci) otóż na tym łóżku leżało kilka ciężkich odłamków pocisku. Gdybyśmy się nie przenieśli na noc  do przedpokoju  te odłamki trafiłyby w Leszka lub mnie i..nie pisałabym tych wspomnień. Po kolejnej nocy spędzonej na podłodze w przedpokoju, znów wszedł, a było już rano, pan administrator i głosem poważnym i jakoś wyjątkowo niskim, powiedział ”Pan Fieduszkin nie żyje, odłamek trafił go gdy rano przycinał róże .Trumna z panem Fieduszkinem ustawiona została w holu naszego budynku. Paliły się nawet świece.Wszyscy lokatorzy przychodzili się pomodlić bo wszyscy bardzo lubili pana Fieduszkina. A potem były jeszcze dwa pogrzeby w naszym ogrodzie ( naszych zabitych chowano koło domu) Jednego razu, pocisk wpadł do mieszkania na drugim piętrze(pod nami) zdemolował zupełnie mieszkanie, zabił oboje starszych państwa tam mieszkających i ich wspaniałego kota angorę. Państwo NN nie przenieśli się do mieszkania na parterze, bo  ona była obłożnie chora, a on jej nie odstępował. Więc jednego razu znów stały te dwie trumny w holu , a na drugi dzień przybyło krzyży w ogrodzie za domem. Był to obraz trochę niesamowity, i na mnie zrobił jakieś przerażające wrażenie, bo ponad tymi świeżo usypanymi mogiłkami ponad krzyżami wystruganymi z drzewa, były okna rodziny Sieroszewskich. Syn pisarza, był malarzem, więc kiedy wyleciały szyby z okien, artysta, okna pozaklejał czym miał, a miał mnóstwo aktów kobiecych, szkice węglem chyba? i te nagie zdrowe, pełnych kształtów kobiety jak symbol życia tkwiły ponad tymi wojennymi grobami, mieszkańców Warszawy którym przyszło zginąć jak żołnierzom na polu bitwy. Coraz trudniej było z żywnością. Przecież wróciliśmy z mamą tuż przed wojną,(27sierpnia) zresztą w tych czasach nikt nie robił zapasów. Mama miała w piwnicy, słoiki z komfiturami i wino, chyba z tarniny, własnej roboty.To wino i konfitury dawała żołnierzom, a oni nam przynosili póki mieli szynkę konserwową. Czasami kiedy płonęły fabryki lub magazyny z żywnością, (wtedy jeszcze nie było zwyczaju rabowania magazynów i sklepów).Ale jeśli coś płonęło, było zbombardowane, wtedy ludność Warszawy zabierała co było, a więc pewnego razu tato przyniósł w płaszczu którego użył jako worka, parę kilogramów ryżu. Innym razem kilka pięcio kilogramowych puszek wspaniałych konserwowych ogorków, ale najbardziej zapamiętałam “skumbrie w tomacie” tak było napisane na pudełkach, Boże ! kilkanaście dni jedliśmy te skumbrie i zagryzali ogórkami. Pamiętam też piękny gest Wedla. Otóż ogłoszono, że Wedel wydaje dla dzieci paczki.Ojciec poszedł do kolejki pod sklep Wedla na Szpitalnej i przyniósł  pięciokilogramową paczkę wspaniałości. Najwięcej było herbatników, które bardzo szybko zasycały i znikało uczucie głodu. Mama wydzielała nam  Wedlowskie dary po troszeczku, tak że na ostatnie dni walczącej Warszawy pozostała już tylko czekolada w proszku, ale o tym będzie na końcu tych wspomnień z oblężonego miasta. Nie pisałam jeszcze że artyleria w ogrodzie sejmowym miała konie, otóż konie ginęły jak ludzie. Po dużym ostrzale ubywało żołnierzy, których chowano od razu w ogrodzie. Pamiętam z jakim żalem dowiadywaliśmy się że któryś z żołnierzy który spędzał wolny czas z nami w naszej piwnicy(schronie) właśnie tej nocy poległ.Szczególnie zapamiętałam młodziutkiego blondyna z bardzo niebieskimi oczami, Czesia. Czesio często ze mną rozmawiał. Czasem nawet brał mnie na kolana i opowiadał uspakajającym głosem jakieś historyjki ale któregoś dnia nie przyszedł, I już nigdy potem. Zginął. Co do koni to moja mama która “matkowała” żołnierzom obiecała że jeśli przyniosą mięsa końskiego  ona je przyrządzi ”na dziko” nie pamiętam już w jaki sposób i gdzie ona to robiła, widocznie w tych piwnicach, a  właściwie pomieszczeniach centralnego ogrzewania, był jakiś piec, dość na tym że pieczeń była wspaniała a jedli ją nie tylko żołnierze, ale i cały schron z sędziwym Wacławem Sieroszewskim na czele, bo Wacław Sieroszewski Sybirak, legionista i pisarz także przebywał w naszym schronie. Pamiętam, że to mięso końskie  ratowało nas od głodu, bo już naprawdę nie bardzo było co jeść. Pewnego dnia kiedy mieliśmy już dość nocy na podłodze w korytarzu, rodzice postanowili że pójdziemy do praczki. Praczka, rozumowali, mieszka w domu w środku miasta, a nie w takim jak my który zasłaniał całą cieżką artylerię,  był zaporą dla niemieckiej artylerii, a więc walili w nas jak do tarczy. Pod osłoną nocy, zabrawszy jedna poduszkę i koc (dla dzieci) ruszyliśmy. (Rodzice trzymali nas za ręce), do naszej praczki. Praczka mieszkała na Hożej w oficynie,  w suterynie, a więc rodzicom wydawało się tam bardzo bezpiecznie. Szliśmy przez Piusa XI, Wiejską, na Plac Trzech Krzyży, cały czas po stłuczonym szkle, które chrzęściło pod nogami. Na niebie pogodnym(wszystkie wrześniowe noce 39 roku były pogodne) widać było a to gwiazdy a to niemieckie samoloty(polskich już dawno nie było).U praczki która oddała nam dzieciom jedno łóżko spędziliśmy pochrupując wedlowskie biszkopty jedną noc, i wróciliśmy do domu. Nie wiem czemu pewnie nie chcieliśmy robić kłopotu, a może intuicja mojej mamy? W każdym razie kiedy już po oblężeniu poszliśmy ją odwiedzić zastaliśmy tylko kupę gruzów, a praczki nigdy więcej nie spotkaliśmy, może zginęła pod tymi gruzami, jak tysiące Warszawiaków? Co do intuicji mamy to jej również zawdzięczamy że nie wylądowaliśmy na “Białych niedźwiedziach” bo ojciec koniecznie chciał uciekać na wschód, “chociaż˝ do Grodna”mówił , gdzie miał dobrego przyjaciela. Ale mama się zaparła, Nie! A jej nie, nie miało alternatywy. Gdybyśmy nawet tam dotarli to ojciec i mama ze swoją przeszłością, inteligenci, toż pierwszym transportem pojechalibyśmy z tym milionem wywiezionych Polaków przez sowieckich wyzwolicieli. No więc nie ruszyliśmy się ze stolicy i dzielili z nią los na dobre i złe.Pewnego ranka jak zawsze pogodnego chyba nawet słonecznego, choć dymy spowijały miasto i  słonko z trudem przebijało się na ziemię, ojciec postanowił pójść zobaczyć co słychać w naszym mieszkaniu.Chciał tam też trochę posprzątać, zabrał więc ze sobą uciekiniera z Pomorza do pomocy. Był to mały chudy człowiek w średnim wieku, fryzjer z zawodu. Winda nie działała, wyszliśmy na trzecie piętro schodami. Mieszkanie całe zasłane było szkłem, wszystko co było szklane padło ofiarą, a więc szyby z okien, i drzwi balkonowych, szyby biblioteczne i w serwantce, szyby w drzwiach między pokojami słowem wszystko.W gruzach znaleźliśmy dwadzieścia cztery odłamki pocisków to one wydarły  w ścianach głębokie bruzdy a każdy z nich mógł zabić. Najdziwniejsze jednak a graniczące nawet z cudem było to że obraz św.Tereski mojej patronki, do której mój ojciec żywił  wielki kult, a który przed  zejściem do piwnicy postawił na balkonie by chroniła nasze mieszkanie stał tam nienaruszony, szkło też było całe… Zaraz kiedy weszliśmy  ojciec puścił radio by posłuchać wiadomości z frontu, a może wysłuchać naszego prezydenta Starzyńskiego, który głosem coraz bardziej zachrypłym każdego dnia rozmawial z mieszkańcami stolicy, swoją żarliwością i patriotyzmem podtrzymując na duchu umęczonych Warszawiaków. I nagle pamiętam męższczyźni  to znaczy tato i fryzjer, zatrzymali uprzątywanie gruzu, stanęli dosłownie jak wryci, cisza zaległa w pokoju w którym unosił się kurz wzniecony zamiataniem gruzowiska,  przez ten kurz, przez trzask radia, usłyszałam, usłyszeliśmy wszyscy, że wojska sowieckie wojska”sąsiada” ze wschodu przekroczyły nasze granice i posuwają się w głąb Polski. Patrzyłam na dorosłych żeby wyczytać z ich twarzy co to znaczy!Twarz ojca zdawała się skamieniała, był straszliwie blady.  Stał pośród tych odłamków szkła i gruzu zupełnie nieruchomy z wyrazem  bólu i nienawiści w oczach.Uciekinier z Pomorza szlochał głośnio i zakrywszy twarz rękami jęczał prawie “Boże, Boże teraz to już nasza Polska nigdy więcej nie powstanie”.Stałam cichutko zapewne z szeroko rozwartymi oczami słuchając tych słów, a w mojej dziecięcej głowinie kołatały się rozlatane myśli.Jak to nie powstanie. Przecież jest. Dopiero co uczyłam się o niej w szkole.O morzu o Bałtyku,  rzece Wiśle i Gdyni która niedawno powstała. Przecież dopiero co czytałam o puszczach Polesia, o pińskiej flocie, o Niemnie i Wilii, o górach dalekich o egzotycznej nazwie Czarnohora. I jest  przecież babcia w Krakowie gdzie spoczywa marszałek Piłsudski i wszyscy królowie i gdzie stoi  pomnik grunwaldzki(to zapamietałam z Krakowa najbardziej) i kochani dziadkowie pod Babią Górą.To wszystko przecież jest Polska i my w niej jesteśmy.Nie wiedziałam wtedy że Takiej Polski, tej o której się uczyłam i której mapa wisiała w naszej klasie nigdy już nie będzie, i że za zaledwie cztery lata będę harcerką Szarych Szeregów, po to by Polska w innym już kształcie, ale żeby Polska znów powstała. Od tego 17 września, właściwie nie opuszczaliśmy już schronu.Naloty były  coraz częstrze, coraz więcej domów było zburzonych. Kiedy bomba spadła na kamienicę obok w której był, pamiętam, do wojny konsulat księstwa Monaco, i zburzyła ją do połowy, huk był tak straszny i wstrząs tak silny, że u nas w schronie poodrywały się rury podwieszone pod sufitem(chyba centralnego ogrzewania) wszystko co się ruszało zmieniło miejsce i zdawało się że to już koniec, że  jesteśmy przysypani, pamiętam że wtedy właśnie zaczął się mój roztrój nerwowy, wyrwałam się mamie, z krzykiem rzuciłam się do ucieczki  z trudem mnie powstrzymano. Naloty były coraz dłuższe, właściwie prawie bez przerwy. Ostatnich kilka dni przed kapitulacją, całymi dniami siedzieliśmy z mamą na jakiejś ławce mama w środku my po bokach, mama była zupełnie spokojna, trzymała nas, objąwszy rękami, właściwie przytulała, i uspakajająco głaskała po głowach, lub delikatnie pieściła nasze dziecięce uszka. Ponieważ nie sposób było cokolwiek ugotować, więc dawała nam tylko od czasu do czasu po łyżeczce sproszkowanej czekolady, czekolady jeszcze  z paczki od Wedla.Ojciec bardzo pobożny, w te straszne dni, przez cały czas  modlił się z starszymi kobietami po drugiej stronie tej dużej hali.Zdaje mi sie że  klęczeli odmawiając kolejno modlitwy, litanie i różaniec. I wreszcie nadszedł  TEN DZIEŃ Mama na chwilę wyszła ze schronu, może po wodę, wodę noszono ze studni, wracając powiedziała cicho i niby spokojnie “poddajemy się, kapitulacja”.W schronie zrobiło się zupełnie cicho, słychać było ludzkie oddechy, i w tę upiorną ciszę, nagle wdarł się mój krzyk, bezsilna rozpacz dziecka, rzuciłam się do mamy i ze wszystkich sił zaczęłam wołać “kłamiesz, to nieprawda, pan Starzyński mówił że się nie poddamy, jesteś Niemka, kłamiesz, pan Starzyński mówił że się wysadzimy, ale się nie poddamy,” wołałam z całych sił bo w tej rozpaczy wszystko mi się już poplątało, a że w czasie ostatnich jordanowskich wakacji, ciotki czytały nam Trylogię, a więc i “Pana Wołodyjowskiego”, widocznie cały czas trwania oblężenia, wyobrażałam sobie, że jesteśmy takim Kamieńcem Podolskim, pan Starzyński, Wołodyjowskim i wobec tego my też z nim razem polecimy wprost do nieba. Kapitulacja rzeczywiście jak wiemy nastąpiła, ale moja biedna mama długo mi wypominała, że jej taki wstyd przy ludziach zrobiłam, że ją Niemką przezwałam. Ponieważ piszę te wspomnienia akurat we wrześniu więc znów w”Dzienniku Polskim” przeczytałam  ” Rok 1939- 29 września oddziały Wermachtu weszły do Warszawy.Około pięć tysięcy polskich oficerów dostało się do niewoli. Podczas oblężenia zginęło około 5 tysięcy żołnierzy, a 16 tysięcy zostało rannych. Zginęło też 25 tysięcy cywilnych mieszkańców.17 procent budynków zostało całkowicie zniszczonych.” Kilka dni po kapitulacji poszliśmy z mamą zapisać Leszka do szkoły, szedł właśnie do pierwszej klasy.Nie pamiętam na jakiej ulicy była ta jego szkoła, ale zapamiętałam to co tam zobaczyłam.Szkoła zamieniona była na szpital wojskowy, wszędzie w salach w korytarzach leżeli ranni żołnierze, wszędzie widać było krew, a w powietrzu unosił się jej mdły zapach. żołnierze jęczeli, lekarze i pielęgniarki biegali od jednego do drugiego, udzielajac pomocy.Obraz był straszny, przygnębiający, a nawet wstrząsający. Potem pamiętam poszliśmy, żeby się uspokoić i nałykać choć trochę świeżego powietrza, bo przecież tam w szpitalu wstrzymywaliśmy oddech żeby nie wdychać tego szpitalnego zaduchu.  Poszliśmy w stronę alei Jerozolimskich. Po drodze mijaliśmy zrujnowane lub wypalone domy, na jezdniach walały się pociski armatnie, które ostrożnie przekraczaliśmy. Kiedy doszliśmy do Alei zauważyliśmy że lud warszawski stoi wzdłuż krawężników jakby czekał na defiladę, która miałaby sie za chwilę rozpocząć. I rzeczywiście po chwili “rozpoczęła się defilada” od zachodniej strony w kierunku na most Poniatowskiego, całą szerokością jezdni szło Polskie Wojsko, SZŁO  DO  NIEWOLI. Prowadzili dowódcy, Dowódcy Obrony Warszawy. W polowych furażerkach, w rozpiętych żołnierskich płaszczach, bez pasów,bez broni, szedł generał Czuma, General Romel. Wielcy żołnierze, bohaterscy dowódcy. Szło ich wielu, te dwa nazwiska zapamiętałam bo powtarzali je ludzie stojący obok.Dzielny lud warszawski stał z zaciśniętymi zębami, kobiety wśród nich moja mama i ja płakały. Jeszcze dziś jeszcze w tej chwili po sześćdziesięciu czterech latach  kiedy to piszę płaczę, naprawdę płaczę I wiem że ten obraz, że to przeżycie było obok 17 września najcięższym dla mnie, dziecka przecież, w całym oblężeniu Warszawy.Nie bombardowanie,  nie ostrzeliwanie, nie głód, ale ten widok końca Polski!.Bo kto będzie walczył o Polskę jeśli oni idą do niewoli. Tak wtedy myślałam. W strasznym nastroju, wróciliśmy do mieszkania, była jesień, noce chłodne, a w domu nie było ani jednej szyby, nie było prądu, ani gazu, nie bardzo było co jeść. Naturalnie po paru dniach, zaczęli przyjeżdżać podwarszawscy chłopi furmankami z ziemniakami, kapustą, jabłkami.  Uaktywnił się też mój wujek Ferdynand. Z tym wujkiem to też była dziwna historia. Nie pamiętam już gdzie mieszkał, w każdym razie ten dom został zbombardowany, a wujek ocalał tylko dlatego, że  w momencie walenia się domu stał we framudze drzwi, ściana była solidna, drzwi podwójne, dom się w dużej części zawalił, a wujek ocalał między tymi drzwiami. Zdaje mi się, że to od tego czasu, lekko szwankował na umyśle, nie na tyle jednak żeby nie móc trochę handlować. W każdym razie, nie posiadaliśmy się ze zdumienia, kiedy pewnego razu na Myśliwiecką przy schodkach zajechała furmanka, a na koźle siedział wujek Ferdynand, w sztuczkowych spodniach, z apaszką zawiązaną na szyi i sprzedawał płody podwarszawskich rolników. Wracając do mojej histerii, kiedy dowiedziałam się że Niemcy już weszli do Warszawy, postanowiłam sobie, że „nie wyjdę nigdy z domu żeby nie zobaczyć Niemca”.Jak ja to sobie wyobrażałam nie wiem, ale naprawdę tak  postanowiłam. Pewnego dnia raniutko, w  śliczny chłodny lekko zamglony jesienny ranek wyszłam na balkon, żeby popatrzeć na Warszawe(widok z naszego balkonu był wspaniały, aż po Siekierki) patrzyłam w kierunku Łazienek, gdy nagle usłyszałam z  dołu”halt” spojrzałam na ulicę. Przed domem Akademiczek , Górnośląska 14, stał Niemiec, teraz wiem że był to policjant.W hełmie, z karabinem, cały elegancki, na rękach skórzane rękawiczki, legitymował jakąś młodą osobę. Cofnęłam się do pokoju, Ten Niemiec na mojej ulicy, uświadomił mi, że jesteśmy w niewoli. Nie mogłam się uspokoić. Aż tu jednego dnia mama powiedziała musisz jutro iść do szkoły, już jest otwarta.Pojechałam jak zwykle na hulajnodze. Od placu na Rozdrożu, aleja Szucha już była zamknęta, trzeba było dojechać aż do placu Zbawiciela.(Szkoła nr.98 była przy ulicy Szucha 9)Od strony placu też była ulica zagrodzona, ale stał  tam niemiecki policjant   i niektórych  wpuszczał.Stanęłam z boku i przypatrywałam się temu co się dzieje. Miałam na plecach tornister, więc jakaś pani powiedziała do mnie “powiedz dziewczynko panu, że idziesz do szkoły to cię przepuści”.Popatrzyłam na nią nie kryjąc  oburzenia, jak ona może, jak śmie! ja mam mówić do Niemca, do wroga, nigdy! krzyczało  moje małe  dziecięce serduszko. Odpowiedziałam jej głośno i wyraźnie “Ja z Niemcami nie rozmawiam”. Odwróciłam się na pięcie i popopędziłam na swojej hulajnodze w stronę Bagateli. I tak skończyła sie moja warszawska edukacja. Tak właściwie pożegnałam się z Warszawą. Niedługo potem wyjechaliśmy do Kielc i do Krakowa.  Wraz z Warszawą skończyło się i moje dzieciństwo, którego pozbawił mnie,  napadając na moją Ojczyznę wróg,”Odwieczny nasz wróg Niemcy” jak powiedział w orędziu do Narodu, pierwszego września, Pan Prezydent Ignacy  Mościcki. Tak wtedy czułam i tak do dziś zapamiętałam... Teresa Siedlar Kołyszko Wrzesień 1939 w Warszawie Miałam wtedy równe dziesięć lat. To pierwsze uderzenie wojny było dla mnie dziecka takim wstrząsem, że każdy dzień warszawskiego września 39 roku zapisał się w mojej pamięci na całe życie. Na prośbę moich synów i wnuków którym nieraz opowiadałam wojenne przeżycia, kilka lat temu  je spisałam,  może warto żeby przetrwały i przypominały, byśmy nie zapomnieli. Nie tylko moje dzieci i wnuki, ale następne pokolenia też. Wcześnie  rano pierwszego września, zbudziły mnie słowa ojca, który  zawołał: znowu ćwiczenia robią, a jego słowom wtórował warkot samolotów. Mimo wczesnej pory ojciec nie wrócił do łóżka, ale stał przy  oknie i patrzał na te ćwiczące samoloty, gdy nagle usłyszeliśmy huk, jeden drugi trzeci. Ojciec wpadł wtedy do pokoju w którym spałam i gdzie stało radio, włączył je  i wtedy usłyszałam, usłyszeliśmy wszyscy głos pana Prezydenta Mościckiego i jego słowa: W dniu dziszejszym nasz odwieczny wróg Niemcy napadł na Polskę..... Tak to się zaczęło. Pierwsze dni wojny nie przyniosły nic nowego poza krótkotrwałymi nalotami, które w najbliższej okolicy nie wyrządziły specjalnej szkody, a kiedy raz obserwowaliśmy walkę powietrzną naszych samolotów i niemieckich zauważyliśmy, że Niemcy chcieli przedewszystkim zniszczyć mosty przez Wisłę i w tamtej stronie widać je było na nieustająco błękitnym  wrześniowym   niebie.Pierwszy dzień jaki zapamiętałam szczególnie to był trzeci września, niedziela. Zaraz rano w radio ku ogromnej radości dorosłych, dowiedzieliśmy się , że Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom. Radość, a nawet entuzjazm był ogromny,wyczuwało się to na ślicznej jeszcze”przedwojennej” warszawskiej ulicy. Rano normalnie poszliśmy do kościoła św.Aleksandra, na Plac Trzech Krzyży, stamtąd razem z ciągle wzbierającym tłumem ruszyliśmy najpierw pod ambasadę francuską, potem angielską i inne, o których zaraz opowiem. Po drodze pamiętam mama kupiła na straganie  dużą torbę pomarańczy.Kiedy doszliśmy do Frascatii (tu była ambasada francuska) z budynku wyjezdżało auto. Siedział w nim  siwy generał w francuskim capi na głowie, młodzi ludzie, którzy w tym tłumie przeważali, wzięli na ramiona  auto z generałem i przenieśli pośród rozentuzmowanych Warszawiaków. Z Frascatii przeszliśmy pod ambasadę angielską na Aleje Ujazdowskie.Tłum był taki, że nie mieściliśmy się wszyscy w Alejach. Pamiętam że my, cała rodzina, staliśmy już w Piusa XI. Ktoś przemawiał, Warszawiacy wiwatowali, wreszcie ten wielotysięczny tłum uklęknął i z ręką podniesioną jak do przysięgi zaczął śpiewać “Nie rzucim ziemi skąd nasz ród” , kobiety płakały, mama oszalała z entuzjazmu i niesłychanie podniecona, krzyczała na mnie dlaczego nie wzniosłam ręki, a chwilę przedtem,  żeby mieć wolne swoje, do klaskania, dała mi do niesienia pomarańcze, których papierowa torba się rozlatywała. Pamiętam to, bo bardzo nie lubiłam od dziecka, żeby ktoś na mnie krzyczał. Dalej była ambasada czy przedstawicielstwo dopiero co zajętych Czech.O Czechach i ich tragedii wiedziałam sporo, bo choć jeszcze nie uczyłam się geografii Europy, przecież sprawa Czech ich zajęcie przez Niemców, a także zajęcie Zaolzia przez Polskę, te tematy były w domu stale obecne.Ojciec bowiem w każdej wolnej chwili czytał gazety, a także raz po raz natykałam się na jakieś książki te tematy poruszające.Stale też była  w naszym domu obecna świadomość Sowietów. Książek z sowietami w tytule wciąż u nas przybywało.(ojciec jako siedemnastoletni chłopiec –harcerz, uciekł z domu,by walczyć z bolszewikami, list napisany  przez niego wtedy do rodzicówjest dziś w naszej rodzinie przechowywany jak cenne relikwie.) Straszliwie nienawidził bolszewików może nawet  miał coś w rodzaju obsesji, zreszta jego świadomść, że wschodni sąsiad to czyste zło i tylko zło przynieść może, sprawdziło się już w niedługim czasie. Ale wróćmy pod przedstawicielstwo Czech w słoneczny wrześniowy dzień 1939 roku.Pan w oknie był bardzo wzruszony, chyba płakał, mówił coś że teraz połączyła nas walka z wspólnym wrogiem, z niemieckim najeźdźcą(wtedy nie mówiło się hitleryzm, nazim, mówiło się zwyczajnie Niemcy nasz odwieczny wróg). Życzył Polsce zwycięstwa, a zebrany tłum  życzył mu wyzwolenia Ojczyzny. I wreszcie widocznie odczuwając szczególną  braterską więź ze Słowianami, poszliśmy pod ambasadę Jugosłowiańską. Pan “Jugosłowianin” był bardzo przystojny wysoki, czarnowłosy i pięknie opalony(zapewne właśnie wrócił z nad Adriatyku.) Był pełen entuzjazmu mówił dużo o braterstwie Słowian, o tym że napewno zwyciężymy, że cała Jugosławia, wszystkie jej narody życzą nam zwycięstwa i pokoju.O Jugoslawii prawdę powiedziawszy, słyszałam jak dotąd tylko raz kiedy był zamach na króla Jugosławii i w gazetach pokazywano zdjęcia jego następcy, bardzo młodego według mnie ślicznego chłopca. Pamiętam że zachwycił mnie ten młody królewicz, ale w końcu szybko zapomniałam. Więc tato w drodze do domu opowiedział mi  trochę o Jugoslawii, dowiedziałam się,  że to kraj gdzieś na południu, że jest tam bardzo gorąco, że jest błękitne morze o pięknej nazwie Adriatyk, powiedział też że to bardzo dzielny naród. Zresztą teraz wiem że musiały go te Bałkany interesować i że wiedział o nich dosyć dużo, bo widziałam w jego bibliotece, do której nieustająco zaglądałam, książkę pt “Wojny Bałkańskie” I tak minął ten niezapomniany i jeszcze szczęśliwy bo pełen nadziei 3 września. Nasiliły się naloty. Coraz więcej bomb padało już nie na mosty, a na miasto.Ginęli mieszkańcy i żołnierze. Na naszej Górnośląskiej był szpital wojskowy. Kiedy front zbliżał się do Warszawy do szpitala przyjeżdżało coraz więcej  ciężarówek z rannymi żołnierzami. Nie wiem dlaczego, poszłam tam, kiedy właśnie wyładowywali tych ciężko rannych żołnierzy. Wtedy po raz pierwszy widziałam tyle krwi naraz. Ósmego września mama postanowiła pojechać na Pragę na tamtejszy dworzec kolejowy, ponieważ nasze nadane w Jordanowie 26 sierpnia walizy tam podobno  miały się znajdować.(W Jordanowie u dziadków spędzaliśmy wakacje) Wyruszyłyśmy wszystkie trzy to znaczy mama, ciocia Ziuta i ja. Kiedy tramwaj, chyba Mka był na moście Poniatowskiego zaczęło się bombardowanie, nie było dokąd uciekać, tramwaj był prawie pusty, ale na jednej z ławek siedział siwiutki niewielki staruszek (chyba, w każdym razie tak mówiła mama)w generalskim mundurze. Otóż kiedy bomby zaczęły wpadać w Wisłę wzbijając gigantyczne fontanny wody, staruszek usiłował wcisnać się pod ławkę, wołając do nas, kryć się pod ławkami, chować głowę, głowa najważniejsza,  Pamiętam że jakoś nie bardzo się bałam, natomiast ten generał pod ławką ogromnie mnie rozśmieszył, tak że z trudem wstrzymywałam śmiech, bo  jednak przecież  nie  bardzo wypadało śmiać się z generała. Teraz myślę, że to był śmiech nerwowy, z pogranicza strachu i rozpaczy w tej beznadziejnej sytucji w jakiej się znaleźliśmy. Co do bagaży to więcej już ich nie szukaliśmy.Przepadło wszystko.Całe ubranie Mamy, Leszka(mego młodszego braciszka) i moje, słowem już od  września byliśmy dosłownie bez niczego. Były tylko zimowe płaszcze, mój kożuszek, buty z łyżwami.Co do sukienek to od tego momentu i przez dłuższy czas jeszcze miałam tylko sukienkę w której jechałam z Jordanowa. Była to ładna wełniana sukieneczka w szkocką kratkę z białym kołnierzykiem bebi z piki. Pozostał trochę już mały strój krakowski, aksamitna niebieska sukienka do łyżew z różowym „walensienkowym” kołnierzykiem i biały mundurek wełniany od komunii świętej, który służył mi długo, bo spódniczkę nosiłam z różnymi bluzeczami. Pamętam że zaraz po oblężeniu Mama za Żelazną Bramą kupiła nam po swetrze, sobie naturalnie też. W dzisiejszym “Dzienniku Polskim”,wychodzącym w Krakowie, to znaczy z 16 września(2003)  przeczytałam że sześćdziesiąt cztery lata temu”W nocnej walce pod Jawowrowem odziały 11 Dywizji Piechoty z Armii “Małopolska”rozbiły pułk SS “Germania”.Oraz że niemieckie samoloty zrzuciły na Warszawę ulotki z wezwaniem do poddania. Nie pamiętam tych ulotek, może spadły w innej dzielnicy Warszawy, bo przecież dzieci jak to dzieci wszędobylskie napewno zwróciłyby uwagę na ten zrzut.W ciągu dnia często przebywaliśmy na naszym ślicznym ukwieconym podwórku. Róże były ciągle w pełnym rozkwicie. Może dlatego że nasz dozorca, u nas mówiło się portier, pan Fieduszkin, biały Rosjanin, pielęgnował je troskliwie i codziennie podlewał. Pewnego wolnego od nalotów przedpołudnia, kiedy  bawiliśmy sie na tym podwórku, (nie wszystkie dzieci zapamiętałam, ale wiem że były dzieci pułkownika Tomaszewskiego, była Zosia Horbatowska, wnuk naszego dozorcy i my z bratem.) przechodziła koło nas sąsiadka z czwartego chyba piętra pani Dłuska. Wszyscy wiedzieliśmy że była siostrą Marii Curie Skłodowskiej, słowem o Skłodowskiej też już wiedzieliśmy. Pani Dłuska nosiła się zawsze na czarno, była wysoka siwa i bardzo surowa. Baliśmy się jej okropnie Przechodząc koło nas popatrzyla zimno i nieprzyjaźnie na naszą grupkę i przez zaciśnięte zęby powiedziała do nas.”Tam żołnierze umierają od ran, a ci się bawią zamiast robić szarpie” Popatrzyliśmy na nią z lękiem zdumionymi oczami, bo bardzo nam było żal żołnierzy, ale my naprawdę nie wiedzieliśmy co to są szarpie i jak się je robi. Myślę że gdyby łagodnie z dobrotliwym uśmiechem podeszła do nas i zademonstrowała “produkcję” tych nieszczęsnych szarpi napewno wszycy jak jeden mąż, całymi dniami robilibyśmy  szarpie dla umierających z ran polskich żołnierzy. (potem dowiedziałam się, że  szarpie to targane z braku bandaży prześcieradła, czy inne płótna zwijane w rolki. Taka imitacja prawdziwych bandaży. Któregoś popołudnia, nie wiem dlaczego zostałam w mieszkaniu sama. Nagle w radio które wtedy stale było włączone usłyszałam zapowiedź alarmu, zaraz też dał się słyszeć złowrogi pomruk ciężkich bombowców. Wybiegłam z mieszkania, wskoczyłam do windy(mieszkaliśmy na trzecim piętrze) nacisnęłam w dół i…co się stało i dlaczego winda przez cały nalot jeździła tam i spowrotem!. Na schodach nie było nikogo, nikt więc nie zatrzymywał”oszalałej” windy, natomiast, straszne wybuchy bomb i wstrząsy, spowodowały, że zaczęły się sypać szkła i lustra, którymi wyłożona była winda. Byłam tak śmiertelnie przerażona, że kiedy już po nalocie, ktoś wreszcie zatrzymał windę i mnie oswobodził, długo nie byłam w stanie wypowiedzieć słowa. Od tego czasu przez kilkanaście  lat za żadne skarby nie wchodziłam do windy. Pamiętam, że kiedy wiele lat po wojnie, jeżdżąc na delegację do Warszawy, zatrzymywałam się w hotelu “Warszawa”, prosiłam zawsze o niższe piętra, żeby nie jeździć windą. Nie pamiętam dokładnie kiedy ten strach przełamałam, ale myślę że dopiero gdzieś w sześćdziesiątych latach. Naloty wzmagały się.W każdej chwili i nasza kamienica mogła być zbombardowana. W tej sytuacji, opuściliśmy nasze mieszkanie i zajęli część pokoju w niezamieszkałym dużym czteropokojowym mieszkaniu, na parterze. W każdym pokoju znalazło chwilowe schronienie, po dwie trzy rodziny z wyższych pięter. W dzień były naloty, a w nocy wzmagał się ostrzał artyleryjski. Cężkie działa niemieckie waliły od strony Siekierek, wprost w naszą kamienicę, chcąc zniszczyć polską artlerię stojącą  za naszym domem w ogrodzie sejmowym.Jednej nocy pamiętam ostrzał był tak silny, że trzęsło domem(bardzo masywnym) więc wszyscy z tych pokoi na parterze, położyliśmy się w długim przedpokoju prowadzącym przez środek całego mieszkania. Leżeliśmy na gołej podłodze, pamiętam że podłożyłam sobie pod głowę małą skórzaną śniadaniówkę. Razem z nami legli umęczeni żołnierze z tej polskiej artlerii. Zawsze gdy nie obsługiwali dział, odpoczywali miedzy nami. Mimo, że na podłodze usnęłam twardo dziecięcym snem, gdy nagle zbudził mnie błysk latarki i głos naszego administratora, zawsze bardzo eleganckiego  starszego pana, który robił wrażenie ziemianina, chodził w wysokich butach i bryczesach, mówił piękną kresową mową, był bardzo dobrze wychowany, zachowywał się nienagannie.Teraz domyślam się że pochodził zapewne z ziem, które odpadły traktatem ryskim i że pewnie tam zostawił duże majątki, tak bowiem wyglądał i tak się zachowywał. Żałuję, że nie zapamiętałam jego nazwiska, lub poprostu, że go nie dosłyszałam.Otóż pan administator wszedł i świecąc po nas latarką powiedział “Zbombardowali wille profesora “nn” (to było naprzeciw naszego domu), profesor i jego gospodyni przysypani, potrzebujemy męższczyzn do odkopywania.” Tych męższczyzn nie było wielu, większość przecież poszła na wojnę, ale mój ojciec, który nie był zmobilizowany bo miał krótki wzrok i w dwudziestym roku doznał lekkiego uszkodzenia słuchu,  był z nami, zerwał się i poszedł natychmiast. W miarę zwiększania ostrzału nauczyliśmy się rozpoznawać odgłosy artylerii, rozróżniać polską od niemieckiej. Pamiętam, kiedy był najpierw krótki silny huk, a potem jęk lecącego pocisku, to strzelała nad naszymi głowami nasza artyleria, ale kiedy był tylko świst pocisku to znaczyło że lada sekunda uderzy, może w nas? Kiedy rano po tej ciężkiej nocy na podłodze, poszliśmy do naszego kąta w pokoju od strony ogrodu sejmowego, na łóżku które tam ojciec postawił(jedno, tylko dla dzieci) otóż na tym łóżku leżało kilka ciężkich odłamków pocisku. Gdybyśmy się nie przenieśli na noc  do przedpokoju  te odłamki trafiłyby w Leszka lub mnie i..nie pisałabym tych wspomnień. Po kolejnej nocy spędzonej na podłodze w przedpokoju, znów wszedł, a było już rano, pan administrator i głosem poważnym i jakoś wyjątkowo niskim, powiedział ”Pan Fieduszkin nie żyje, odłamek trafił go gdy rano przycinał róże .Trumna z panem Fieduszkinem ustawiona została w holu naszego budynku. Paliły się nawet świece.Wszyscy lokatorzy przychodzili się pomodlić bo wszyscy bardzo lubili pana Fieduszkina. A potem były jeszcze dwa pogrzeby w naszym ogrodzie ( naszych zabitych chowano koło domu) Jednego razu, pocisk wpadł do mieszkania na drugim piętrze(pod nami) zdemolował zupełnie mieszkanie, zabił oboje starszych państwa tam mieszkających i ich wspaniałego kota angorę. Państwo NN nie przenieśli się do mieszkania na parterze, bo  ona była obłożnie chora, a on jej nie odstępował. Więc jednego razu znów stały te dwie trumny w holu , a na drugi dzień przybyło krzyży w ogrodzie za domem. Był to obraz trochę niesamowity, i na mnie zrobił jakieś przerażające wrażenie, bo ponad tymi świeżo usypanymi mogiłkami ponad krzyżami wystruganymi z drzewa, były okna rodziny Sieroszewskich. Syn pisarza, był malarzem, więc kiedy wyleciały szyby z okien, artysta, okna pozaklejał czym miał, a miał mnóstwo aktów kobiecych, szkice węglem chyba? i te nagie zdrowe, pełnych kształtów kobiety jak symbol życia tkwiły ponad tymi wojennymi grobami, mieszkańców Warszawy którym przyszło zginąć jak żołnierzom na polu bitwy. Coraz trudniej było z żywnością. Przecież wróciliśmy z mamą tuż przed wojną,(27sierpnia) zresztą w tych czasach nikt nie robił zapasów. Mama miała w piwnicy, słoiki z komfiturami i wino, chyba z tarniny, własnej roboty.To wino i konfitury dawała żołnierzom, a oni nam przynosili póki mieli szynkę konserwową. Czasami kiedy płonęły fabryki lub magazyny z żywnością, (wtedy jeszcze nie było zwyczaju rabowania magazynów i sklepów).Ale jeśli coś płonęło, było zbombardowane, wtedy ludność Warszawy zabierała co było, a więc pewnego razu tato przyniósł w płaszczu którego użył jako worka, parę kilogramów ryżu. Innym razem kilka pięcio kilogramowych puszek wspaniałych konserwowych ogorków, ale najbardziej zapamiętałam “skumbrie w tomacie” tak było napisane na pudełkach, Boże ! kilkanaście dni jedliśmy te skumbrie i zagryzali ogórkami. Pamiętam też piękny gest Wedla. Otóż ogłoszono, że Wedel wydaje dla dzieci paczki.Ojciec poszedł do kolejki pod sklep Wedla na Szpitalnej i przyniósł  pięciokilogramową paczkę wspaniałości. Najwięcej było herbatników, które bardzo szybko zasycały i znikało uczucie głodu. Mama wydzielała nam  Wedlowskie dary po troszeczku, tak że na ostatnie dni walczącej Warszawy pozostała już tylko czekolada w proszku, ale o tym będzie na końcu tych wspomnień z oblężonego miasta. Nie pisałam jeszcze że artyleria w ogrodzie sejmowym miała konie, otóż konie ginęły jak ludzie. Po dużym ostrzale ubywało żołnierzy, których chowano od razu w ogrodzie. Pamiętam z jakim żalem dowiadywaliśmy się że któryś z żołnierzy który spędzał wolny czas z nami w naszej piwnicy(schronie) właśnie tej nocy poległ.Szczególnie zapamiętałam młodziutkiego blondyna z bardzo niebieskimi oczami, Czesia. Czesio często ze mną rozmawiał. Czasem nawet brał mnie na kolana i opowiadał uspakajającym głosem jakieś historyjki ale któregoś dnia nie przyszedł, I już nigdy potem. Zginął. Co do koni to moja mama która “matkowała” żołnierzom obiecała że jeśli przyniosą mięsa końskiego  ona je przyrządzi ”na dziko” nie pamiętam już w jaki sposób i gdzie ona to robiła, widocznie w tych piwnicach, a  właściwie pomieszczeniach centralnego ogrzewania, był jakiś piec, dość na tym że pieczeń była wspaniała a jedli ją nie tylko żołnierze, ale i cały schron z sędziwym Wacławem Sieroszewskim na czele, bo Wacław Sieroszewski Sybirak, legionista i pisarz także przebywał w naszym schronie. Pamiętam, że to mięso końskie  ratowało nas od głodu, bo już naprawdę nie bardzo było co jeść. Pewnego dnia kiedy mieliśmy już dość nocy na podłodze w korytarzu, rodzice postanowili że pójdziemy do praczki. Praczka, rozumowali, mieszka w domu w środku miasta, a nie w takim jak my który zasłaniał całą cieżką artylerię,  był zaporą dla niemieckiej artylerii, a więc walili w nas jak do tarczy. Pod osłoną nocy, zabrawszy jedna poduszkę i koc (dla dzieci) ruszyliśmy. (Rodzice trzymali nas za ręce), do naszej praczki. Praczka mieszkała na Hożej w oficynie,  w suterynie, a więc rodzicom wydawało się tam bardzo bezpiecznie. Szliśmy przez Piusa XI, Wiejską, na Plac Trzech Krzyży, cały czas po stłuczonym szkle, które chrzęściło pod nogami. Na niebie pogodnym(wszystkie wrześniowe noce 39 roku były pogodne) widać było a to gwiazdy a to niemieckie samoloty(polskich już dawno nie było).U praczki która oddała nam dzieciom jedno łóżko spędziliśmy pochrupując wedlowskie biszkopty jedną noc, i wróciliśmy do domu. Nie wiem czemu pewnie nie chcieliśmy robić kłopotu, a może intuicja mojej mamy? W każdym razie kiedy już po oblężeniu poszliśmy ją odwiedzić zastaliśmy tylko kupę gruzów, a praczki nigdy więcej nie spotkaliśmy, może zginęła pod tymi gruzami, jak tysiące Warszawiaków? Co do intuicji mamy to jej również zawdzięczamy że nie wylądowaliśmy na “Białych niedźwiedziach” bo ojciec koniecznie chciał uciekać na wschód, “chociaż˝ do Grodna”mówił , gdzie miał dobrego przyjaciela. Ale mama się zaparła, Nie! A jej nie, nie miało alternatywy. Gdybyśmy nawet tam dotarli to ojciec i mama ze swoją przeszłością, inteligenci, toż pierwszym transportem pojechalibyśmy z tym milionem wywiezionych Polaków przez sowieckich wyzwolicieli. No więc nie ruszyliśmy się ze stolicy i dzielili z nią los na dobre i złe.Pewnego ranka jak zawsze pogodnego chyba nawet słonecznego, choć dymy spowijały miasto i  słonko z trudem przebijało się na ziemię, ojciec postanowił pójść zobaczyć co słychać w naszym mieszkaniu.Chciał tam też trochę posprzątać, zabrał więc ze sobą uciekiniera z Pomorza do pomocy. Był to mały chudy człowiek w średnim wieku, fryzjer z zawodu. Winda nie działała, wyszliśmy na trzecie piętro schodami. Mieszkanie całe zasłane było szkłem, wszystko co było szklane padło ofiarą, a więc szyby z okien, i drzwi balkonowych, szyby biblioteczne i w serwantce, szyby w drzwiach między pokojami słowem wszystko.W gruzach znaleźliśmy dwadzieścia cztery odłamki pocisków to one wydarły  w ścianach głębokie bruzdy a każdy z nich mógł zabić. Najdziwniejsze jednak a graniczące nawet z cudem było to że obraz św.Tereski mojej patronki, do której mój ojciec żywił  wielki kult, a który przed  zejściem do piwnicy postawił na balkonie by chroniła nasze mieszkanie stał tam nienaruszony, szkło też było całe… Zaraz kiedy weszliśmy  ojciec puścił radio by posłuchać wiadomości z frontu, a może wysłuchać naszego prezydenta Starzyńskiego, który głosem coraz bardziej zachrypłym każdego dnia rozmawial z mieszkańcami stolicy, swoją żarliwością i patriotyzmem podtrzymując na duchu umęczonych Warszawiaków. I nagle pamiętam męższczyźni  to znaczy tato i fryzjer, zatrzymali uprzątywanie gruzu, stanęli dosłownie jak wryci, cisza zaległa w pokoju w którym unosił się kurz wzniecony zamiataniem gruzowiska,  przez ten kurz, przez trzask radia, usłyszałam, usłyszeliśmy wszyscy, że wojska sowieckie wojska”sąsiada” ze wschodu przekroczyły nasze granice i posuwają się w głąb Polski. Patrzyłam na dorosłych żeby wyczytać z ich twarzy co to znaczy!Twarz ojca zdawała się skamieniała, był straszliwie blady.  Stał pośród tych odłamków szkła i gruzu zupełnie nieruchomy z wyrazem  bólu i nienawiści w oczach.Uciekinier z Pomorza szlochał głośnio i zakrywszy twarz rękami jęczał prawie “Boże, Boże teraz to już nasza Polska nigdy więcej nie powstanie”.Stałam cichutko zapewne z szeroko rozwartymi oczami słuchając tych słów, a w mojej dziecięcej głowinie kołatały się rozlatane myśli.Jak to nie powstanie. Przecież jest. Dopiero co uczyłam się o niej w szkole.O morzu o Bałtyku,  rzece Wiśle i Gdyni która niedawno powstała. Przecież dopiero co czytałam o puszczach Polesia, o pińskiej flocie, o Niemnie i Wilii, o górach dalekich o egzotycznej nazwie Czarnohora. I jest  przecież babcia w Krakowie gdzie spoczywa marszałek Piłsudski i wszyscy królowie i gdzie stoi  pomnik grunwaldzki(to zapamietałam z Krakowa najbardziej) i kochani dziadkowie pod Babią Górą.To wszystko przecież jest Polska i my w niej jesteśmy.Nie wiedziałam wtedy że Takiej Polski, tej o której się uczyłam i której mapa wisiała w naszej klasie nigdy już nie będzie, i że za zaledwie cztery lata będę harcerką Szarych Szeregów, po to by Polska w innym już kształcie, ale żeby Polska znów powstała. Od tego 17 września, właściwie nie opuszczaliśmy już schronu.Naloty były  coraz częstrze, coraz więcej domów było zburzonych. Kiedy bomba spadła na kamienicę obok w której był, pamiętam, do wojny konsulat księstwa Monaco, i zburzyła ją do połowy, huk był tak straszny i wstrząs tak silny, że u nas w schronie poodrywały się rury podwieszone pod sufitem(chyba centralnego ogrzewania) wszystko co się ruszało zmieniło miejsce i zdawało się że to już koniec, że  jesteśmy przysypani, pamiętam że wtedy właśnie zaczął się mój roztrój nerwowy, wyrwałam się mamie, z krzykiem rzuciłam się do ucieczki  z trudem mnie powstrzymano. Naloty były coraz dłuższe, właściwie prawie bez przerwy. Ostatnich kilka dni przed kapitulacją, całymi dniami siedzieliśmy z mamą na jakiejś ławce mama w środku my po bokach, mama była zupełnie spokojna, trzymała nas, objąwszy rękami, właściwie przytulała, i uspakajająco głaskała po głowach, lub delikatnie pieściła nasze dziecięce uszka. Ponieważ nie sposób było cokolwiek ugotować, więc dawała nam tylko od czasu do czasu po łyżeczce sproszkowanej czekolady, czekolady jeszcze  z paczki od Wedla.Ojciec bardzo pobożny, w te straszne dni, przez cały czas  modlił się z starszymi kobietami po drugiej stronie tej dużej hali.Zdaje mi sie że  klęczeli odmawiając kolejno modlitwy, litanie i różaniec. I wreszcie nadszedł  TEN DZIEŃ Mama na chwilę wyszła ze schronu, może po wodę, wodę noszono ze studni, wracając powiedziała cicho i niby spokojnie “poddajemy się, kapitulacja”.W schronie zrobiło się zupełnie cicho, słychać było ludzkie oddechy, i w tę upiorną ciszę, nagle wdarł się mój krzyk, bezsilna rozpacz dziecka, rzuciłam się do mamy i ze wszystkich sił zaczęłam wołać “kłamiesz, to nieprawda, pan Starzyński mówił że się nie poddamy, jesteś Niemka, kłamiesz, pan Starzyński mówił że się wysadzimy, ale się nie poddamy,” wołałam z całych sił bo w tej rozpaczy wszystko mi się już poplątało, a że w czasie ostatnich jordanowskich wakacji, ciotki czytały nam Trylogię, a więc i “Pana Wołodyjowskiego”, widocznie cały czas trwania oblężenia, wyobrażałam sobie, że jesteśmy takim Kamieńcem Podolskim, pan Starzyński, Wołodyjowskim i wobec tego my też z nim razem polecimy wprost do nieba. Kapitulacja rzeczywiście jak wiemy nastąpiła, ale moja biedna mama długo mi wypominała, że jej taki wstyd przy ludziach zrobiłam, że ją Niemką przezwałam. Ponieważ piszę te wspomnienia akurat we wrześniu więc znów w”Dzienniku Polskim” przeczytałam  ” Rok 1939- 29 września oddziały Wermachtu weszły do Warszawy.Około pięć tysięcy polskich oficerów dostało się do niewoli. Podczas oblężenia zginęło około 5 tysięcy żołnierzy, a 16 tysięcy zostało rannych. Zginęło też 25 tysięcy cywilnych mieszkańców.17 procent budynków zostało całkowicie zniszczonych.” Kilka dni po kapitulacji poszliśmy z mamą zapisać Leszka do szkoły, szedł właśnie do pierwszej klasy.Nie pamiętam na jakiej ulicy była ta jego szkoła, ale zapamiętałam to co tam zobaczyłam.Szkoła zamieniona była na szpital wojskowy, wszędzie w salach w korytarzach leżeli ranni żołnierze, wszędzie widać było krew, a w powietrzu unosił się jej mdły zapach. żołnierze jęczeli, lekarze i pielęgniarki biegali od jednego do drugiego, udzielajac pomocy.Obraz był straszny, przygnębiający, a nawet wstrząsający. Potem pamiętam poszliśmy, żeby się uspokoić i nałykać choć trochę świeżego powietrza, bo przecież tam w szpitalu wstrzymywaliśmy oddech żeby nie wdychać tego szpitalnego zaduchu.  Poszliśmy w stronę alei Jerozolimskich. Po drodze mijaliśmy zrujnowane lub wypalone domy, na jezdniach walały się pociski armatnie, które ostrożnie przekraczaliśmy. Kiedy doszliśmy do Alei zauważyliśmy że lud warszawski stoi wzdłuż krawężników jakby czekał na defiladę, która miałaby sie za chwilę rozpocząć. I rzeczywiście po chwili “rozpoczęła się defilada” od zachodniej strony w kierunku na most Poniatowskiego, całą szerokością jezdni szło Polskie Wojsko, SZŁO  DO  NIEWOLI. Prowadzili dowódcy, Dowódcy Obrony Warszawy. W polowych furażerkach, w rozpiętych żołnierskich płaszczach, bez pasów,bez broni, szedł generał Czuma, General Romel. Wielcy żołnierze, bohaterscy dowódcy. Szło ich wielu, te dwa nazwiska zapamiętałam bo powtarzali je ludzie stojący obok.Dzielny lud warszawski stał z zaciśniętymi zębami, kobiety wśród nich moja mama i ja płakały. Jeszcze dziś jeszcze w tej chwili po sześćdziesięciu czterech latach  kiedy to piszę płaczę, naprawdę płaczę I wiem że ten obraz, że to przeżycie było obok 17 września najcięższym dla mnie, dziecka przecież, w całym oblężeniu Warszawy.Nie bombardowanie,  nie ostrzeliwanie, nie głód, ale ten widok końca Polski!.Bo kto będzie walczył o Polskę jeśli oni idą do niewoli. Tak wtedy myślałam. W strasznym nastroju, wróciliśmy do mieszkania, była jesień, noce chłodne, a w domu nie było ani jednej szyby, nie było prądu, ani gazu, nie bardzo było co jeść. Naturalnie po paru dniach, zaczęli przyjeżdżać podwarszawscy chłopi furmankami z ziemniakami, kapustą, jabłkami.  Uaktywnił się też mój wujek Ferdynand. Z tym wujkiem to też była dziwna historia. Nie pamiętam już gdzie mieszkał, w każdym razie ten dom został zbombardowany, a wujek ocalał tylko dlatego, że  w momencie walenia się domu stał we framudze drzwi, ściana była solidna, drzwi podwójne, dom się w dużej części zawalił, a wujek ocalał między tymi drzwiami. Zdaje mi się, że to od tego czasu, lekko szwankował na umyśle, nie na tyle jednak żeby nie móc trochę handlować. W każdym razie, nie posiadaliśmy się ze zdumienia, kiedy pewnego razu na Myśliwiecką przy schodkach zajechała furmanka, a na koźle siedział wujek Ferdynand, w sztuczkowych spodniach, z apaszką zawiązaną na szyi i sprzedawał płody podwarszawskich rolników. Wracając do mojej histerii, kiedy dowiedziałam się że Niemcy już weszli do Warszawy, postanowiłam sobie, że „nie wyjdę nigdy z domu żeby nie zobaczyć Niemca”.Jak ja to sobie wyobrażałam nie wiem, ale naprawdę tak  postanowiłam. Pewnego dnia raniutko, w  śliczny chłodny lekko zamglony jesienny ranek wyszłam na balkon, żeby popatrzeć na Warszawe(widok z naszego balkonu był wspaniały, aż po Siekierki) patrzyłam w kierunku Łazienek, gdy nagle usłyszałam z  dołu”halt” spojrzałam na ulicę. Przed domem Akademiczek , Górnośląska 14, stał Niemiec, teraz wiem że był to policjant.W hełmie, z karabinem, cały elegancki, na rękach skórzane rękawiczki, legitymował jakąś młodą osobę. Cofnęłam się do pokoju, Ten Niemiec na mojej ulicy, uświadomił mi, że jesteśmy w niewoli. Nie mogłam się uspokoić. Aż tu jednego dnia mama powiedziała musisz jutro iść do szkoły, już jest otwarta.Pojechałam jak zwykle na hulajnodze. Od placu na Rozdrożu, aleja Szucha już była zamknęta, trzeba było dojechać aż do placu Zbawiciela.(Szkoła nr.98 była przy ulicy Szucha 9)Od strony placu też była ulica zagrodzona, ale stał  tam niemiecki policjant   i niektórych  wpuszczał.Stanęłam z boku i przypatrywałam się temu co się dzieje. Miałam na plecach tornister, więc jakaś pani powiedziała do mnie “powiedz dziewczynko panu, że idziesz do szkoły to cię przepuści”.Popatrzyłam na nią nie kryjąc  oburzenia, jak ona może, jak śmie! ja mam mówić do Niemca, do wroga, nigdy! krzyczało  moje małe  dziecięce serduszko. Odpowiedziałam jej głośno i wyraźnie “Ja z Niemcami nie rozmawiam”. Odwróciłam się na pięcie i popopędziłam na swojej hulajnodze w stronę Bagateli. I tak skończyła sie moja warszawska edukacja. Tak właściwie pożegnałam się z Warszawą. Niedługo potem wyjechaliśmy do Kielc i do Krakowa.  Wraz z Warszawą skończyło się i moje dzieciństwo, którego pozbawił mnie,  napadając na moją Ojczyznę wróg,”Odwieczny nasz wróg Niemcy” jak powiedział w orędziu do Narodu, pierwszego września, Pan Prezydent Ignacy  Mościcki. Tak wtedy czułam i tak do dziś zapamiętałam...
Wiadomości