Error. Page cannot be displayed. Please contact your service provider for more details. (4)

Sarmaci

SARMATA ET CONSORTES

 

Kto to jest Sarmata?

 

Według szkolnego podręcznika mojej nastoletniej córeczki „Sarmata to przekonany o swojej wartości, zawadiacki i pewny siebie szlachcic”. Rozdział, w którym pada ta definicja, dotyczy polskiej kultury wieku siedemnastego, a zatytułowany jest (naprawdę!!!): „jedz, pij i popuszczaj pasa”.

 

Veto. To przecie pomieszanie z poplątaniem!

 

Przede wszystkim – nie mylmy „Sarmaty” z „sarmatyzmem”. Słowo „sarmatyzm” zostało ukute przez ludzi Oświecenia w wieku osiemnastym, po to, aby określić ich politycznych wrogów, czyli przeciwników reform projektowanych przez króla Stasia. To słowo miało więc znaczenie wąskie. Bo Oświeceni wcale nie pragnęli uderzać w szlachtę wieku siedemnastego, w całą staropolską tradycję! Niestety jednak efekt ich politycznej kampanii, wskutek której rozpropagował się termin „sarmatyzm”, okazał się właśnie taki. Na dłuższą metę uderzył (medialnie) w całą tradycję staropolską, do której sami Oświeceni byli bardzo przywiązani. I w ten sposób, wbrew woli twórców terminu, jego negatywne znaczenie rozszerzono na całą polską kulturę XVII i XVIII stulecia. Doszło do tego, że dzisiaj przeciętny polski uczeń i przeciętny polski nauczyciel skłonni są uważać, iż każdy, kto nazywał siebie „Sarmatą”, był przedstawicielem „sarmatyzmu”, czyli człowiekiem zacofanym pod każdym względem, na dodatek – jak w powyżej zacytowanej definicji – zabijaką dochodzącym swych racji na drodze zawadiackich kłótni. W takim razie cóż uczynić z ludźmi Oświecenia, którzy nazywali siebie samych Sarmatami? Cóż uczynić z Kochanowskim, który tegoż terminu używał? A co zrobić z sentymentalnym i bez wątpienia oświeconym poetą Franciszkiem Karpińskim, który przecież nie w czyim innym, tylko w swoim własnym imieniu napisał „Żale Sarmaty nad grobem Zygmunta Augusta”?

A zatem – z tymi Sarmatami i ich „sarmatyzmem” było inaczej, niż się potocznie sądzi.

 

Jak?

 

Wpierw spójrzmy na źródło terminu. Słowa „Sarmata” i „Sarmacja” pojawiły się w starożytności na określenie barbarzyńskiego, lecz walecznego ludu, który wedle ówczesnych geografów miał zamieszkiwać mniej więcej na terytorium dzisiejszej Słowiańszczyzny (nie wchodzę w szczegóły, bo bywało rozmaicie), który to teren nazwano Sarmacją. Następnie, już w średniowieczu, zauważono, że owa starożytna „Sarmacja” pokrywa się pod względem geograficznym z terytorium zajmowanym przez Koronę Polską i Wielkie Księstwo Litewskie (i nie tylko, ale jak już rzekłem, nie będę wchodził w szczegóły). Ponieważ zaś zarówno średniowieczni kronikarze, jak i renesansowi humaniści lubowali się w wynajdywaniu starożytnych przodków swoim narodom – przeto Francuzów wywiedziono od Trojan i Galów, Węgrów od Hunów, a Polaków – od Sarmatów. I dlatego też z początku ludzie uczeni, a potem także przeciętni szlachcice przyznawać się zaczęli do sarmackiego pochodzenia, a w każdym razie używać określenia „Sarmacja”, wówczas, gdy mieli szlachetnym, eleganckim terminem nazwać swoją ojczyznę. Zaczęli też używać miana „Sarmaci” dla nazwania samych siebie. Znów dodam: dla nazwania w sposób szlachetny. Na takiej samej zasadzie mówi się dziś: „Lechici”, „Lachy”. I zaraz wiadomo, o kogo chodzi, a użycie takich określeń nie oznacza wcale, że wierzy się w legendę o Lechu, Czechu i Rusie. Aczkolwiek jest prawdą, że Polacy wieku siedemnastego traktowali legendę o swoim sarmackim pochodzeniu dość serio (swoją drogą współczesne badania udowodniły, że starożytni Sarmaci faktycznie przetoczyli się przez tereny dzisiejszej Polski!). Ale to szczegół. Bo nie ta legenda decydowała o „sarmackości” naszych przodków. To był tylko retoryczny dodatek do dawnej, polskiej kultury. Bo Sarmatą nie nazywano wcale tego, kto wierzy w nasze pochodzenie od Sarmatów.

 

Kogóż więc nazywano Sarmatą?

 

Ustalmy. Określenie „Sarmata” oznaczało przez trzy wieki, – od stulecia XVI do XVIII - obywatela Sarmacji, czyli Rzeczypospolitej, to znaczy – wielkiego mocarstwa, które niemal do końca XVII wieku, mimo potknięć i zagrożeń, rozdawało karty w polityce środkowoeuropejskiej na równi z Austrią i Szwecją (nie z Rosją, ani z Prusami, bo te się jeszcze nie liczyły).

 

Po drugie, trzeba przyjąć do wiadomości, że w tym wielkim państwie królowały – mimo jego wielonarodowości – polszczyzna, katolicyzm i łacina. Rządziła tym państwem – z czasem wprowadzając w nim nierząd, to prawda – głównie polskojęzyczna szlachta. Bowiem to szlachcice uważali się za właściwych obywateli i twórców państwa; wedle legendy oni tylko mieli pochodzić od Sarmatów. Faktem jest, że to oni powołali do życia bardzo ciekawy system polityczny: demokrację szlachecką. Powszechnie uważano, że jest ona odbiciem systemu dawnej, rzymskiej republiki. I jak tamten dawny, rzymski system – również i system polski nie sprawdził się na dłuższą metę. Tyle że na koniec w Rzymie zapanowała dyktatura cesarzy, a w Polsce i Litwie – anarchia. A jednak do czasu, to znaczy przez ponad stulecie, potęga Rzeczypospolitej Szlacheckiej stanowiła jawny dowód skuteczności tego systemu. I do czasu bywała w Europie chwalona i podziwiana.

 

Obywatele Sarmacji – przypominam znów: głównie „sarmacka” szlachta – stworzyli też oryginalną kulturę. Głównym polem ekspresji tej kultury był język polski i obyczaje; sztuki plastyczne i architektura szły nieco z tyłu (szlachcicowi nie wypadało się nimi parać), choć z czasem też osiągnęły odpowiedni poziom oryginalności. Tak więc głównie liryka i epika, mowy polityczne, gawęda, pamiętniki; tego rodzaju dzieła zapewniły polszczyźnie prawo obywatelstwa wśród tych języków europejskich, których użytkownicy mogli i mogą się nimi naprawdę chlubić. Zaś polski narodowy strój pozwalał na pierwszy rzut oka odróżnić Polaka od Włocha, Niemca, Francuza i Anglika. Co do architektury, rzeźby, malarstwa – tylko niektóre zjawiska na gruncie sarmackiej kultury można uznać za wybitne. Jeśli chodzi o portret trumienny i portret sarmacki, one akurat wybitnymi nie są – choć nie można im odmówić oryginalności. Natomiast na przykład wileńska szkoła architektury wieku XVIII nie tylko budzi podziw, nie tylko jest oryginalna i wielka, ale do dziś zaznacza na wielkich przestrzeniach Białorusi i Ukrainy dawny zasięg kultury łacińskiej, by nie rzec: europejskiej.

 

Ta oryginalna kultura dawała Polakom prawo do pełnoprawnego miejsca na mapie europejskiej christianitas. I tę właśnie kulturę możemy bez wahania nazwać sarmacką, ewentualnie sarmatyzmem, jeśli już koniecznie trzeba użyć tego słowa (pamiętając, że sarmatyzm bywa też definiowany inaczej, po pierwsze: jako zespół poglądów właściwych ludziom niechętnym wobec reform w wieku XVIII – o czym też mam swoje zdanie, ale w tej chwili nie warto na ten temat dyskutować; po drugie – jako prąd kulturowy wieku XVII, obejmujący szlachtę prowincjonalną, dumną ze swojej tradycyjnej kultury politycznej i również przeciwną reformom). Co do mnie, najchętniej wprowadziłbym termin „sarmackość”, jako nieobciążony negatywnymi konotacjami.

 

WAŻNA UWAGA KOŃCOWA

 

Na koniec podkreślę z całą mocą: proszę sobie nie wyobrażać, że dokonuję tu próby wykazania wyższości Sarmacji i sarmackości nad całym światem. Broń Boże, nie. Doskonale widzę ograniczenia Sarmacji i Sarmatów, którym nie wszystko (a raczej bardzo wiele) się nie udało.

 

Jednak ważne jest co innego. Ważne jest to, że bez Sarmatów i Sarmacji nie byłoby Polski i polskiej kultury. Że po prostu MY WCIĄŻ JESTEŚMY SARMATAMI. Sarmaci mieli strony białe i czarne; możemy się spierać, które z tych stron przeważały – to zupełnie inna kwestia. Niezależnie od odpowiedzi pozostaje faktem, że wypracowana przez Sarmatów kultura (sarmacka, czy jak ją tam zwać) stała się jedyną wspólną tradycją wszystkich Polaków. Dopiero potem, w wieku XIX dołączyły inne tradycje: mieszczańska, inteligencka, chłopska, żydowska etc. etc. – ale one wynurzyły się niejako z tamtej. Ta tradycja nie ogranicza się do machania szabelką, obejmuje spuściznę naprawdę potężną w różnych dziedzinach życia. W tej tradycji mieszczą się Kochanowski, Chodkiewicz, Morsztyn, Skarga, Sobieski, Krasicki, nawet król Staś, ale także Słowacki, Mickiewicz, Żeromski, Gombrowicz, Witos, Piłsudski. To tradycja bogata i wieloraka – rzeczą zadziwiającą jest więc jej powszechne niedostrzeganie i niedocenianie. Ona przecież naprawdę żyje w nas: od języka, przysłów, duchowości i religijności, sposobu poetyckiego myślenia, sposobu myślenia o polityce po najprostsze obyczaje wciąż jesteśmy w niej zanurzeni. A że często odżegnujemy się od niej, bo myślmy, że gdy mowa o Sarmacji, chodzi tylko o tradycję sejmikowej rąbaniny i rzygania w damskie dekolty – a, to już tylko nasza dzisiejsza ułomność. Ułomność i niewiedza chyba znacznie większa od ułomności i niewiedzy dawnych Sarmatów.

 

 

Jacek Kowalski

Wiadomości